RELACJA

Etap3 Aniusk-Anadyr


  Po trzydziestu dniach spędzonych na rzece Kołymie dopływamy do pierwszej miejscowości na Chukotce .Jest nią Aniusk. To maleńka wioska położona nad brzegiem rzeki .Ludzie utrzymują się tutaj głównie z myślistwa (ochoty). Podczas rozładunku w porcie pojawił się motocyklista na Hondzie XR. Po krótkiej rozmowie proponuje nam nocleg w swoim domku letniskowym i pomoc przy organizacji przeprawy przez rzekę. Było już za późno aby jechać dalej. Bardzo chętnie przyjęliśmy propozycję. Za 15 min podjechał autem jego syn. Wrzucamy bagaże na pakę, dojeżdżamy na miejsce. Domek trochę wiekowy, ale lepszy dach nad głową niż spanie w namiocie. Z radością wpadamy i zajmujemy wersalki i fotele. Pierwszy raz od 30 dni śpimy na czymś wygodnym. Podczas rozładunku próbujemy zdobyć miejscowe lekarstwo czyli zasuszony woreczek żółciowy z niedźwiedzia. Jest już późno, ale zobaczymy co się da zrobić -tak odpowiedział gospodarz. Jego syn (18 lat) z błyskiem w oku patrzył na nasze maszyny. Ta Honda to jego sprzęt, tylko ojciec mu ją czasem podbiera. Nie zdążyliśmy dobrze się rozgościć, a tu młody podjechał na motorze i pokazuje, że udało się zdobyć woreczek żółciowy. Niestety cena jego była zbyt wysoka jak na naszą podróżniczą kieszeń . Po wielu przeliczeniach ciągle wychodziła ta sama cyfra-2000zl. Z przykrością odmawiamy, choć nie ukrywam, że bardzo zależało nam na tym uznanym w Rosji lekarstwie. Słyszeliśmy już w 2008 roku podczas wyprawy nad Bajkał, że jest to doskonały lek na wrzody żołądka i pomaga w pierwszej fazie raka. Młody wychodząc z domku powiedział ,że jeszcze coś wykombinuje. I oto nim zdążyliśmy rozwinąć śpiwory on już stoi w drzwiach i w ręku trzyma wędzone ryby. To jesiotr i czyr . Ma propozycję zamiany żółci na pancerz motocyklowy .I tak to dobiliśmy handlu wymiennego na Chukotce. (Niestety nie udało nam się przywieźć naszej zdobyczy do Polski z powodu rygorystycznych przepisów na lotniku)
  Następnego dnia wstaliśmy wcześniej, o 8 rano. Mieliśmy czekać nad rzeką Ural . Wyskakujemy z wioski w kierunku miasta Bilibino (jakieś 200km). Połączenie między tymi miastami zostało zbudowane jakieś dwa lata temu. Po prostu spych przejechał przez tajgę i trochę gruzu nawieźli. Droga jest trudna i niebezpieczna poprzecinana maleńkimi strumykami i sporymi dołami z błotem więc ostrożnie i bez szaleństw. Dolatujemy do rzeki. Rzeczywiście jest duża i bystra. Następnie pokonujemy około dwóch kilometrów wzdłuż brzegu do umówionego miejsca gdzie ciężarowy Ural może ją przejechać. Znajomy z wioski już był na miejscu. Ładujemy motorki i ruszamy. Słychać zgrzyt zapinanych napędów na wszystkie koła. Osie chowają się całkowicie pod wodę. Jedziemy bardzo wolno. Piasek mieli się pod kołami. Obyśmy nie utonęli bo wody sporo. Dobijamy do suchego lądu. To już po wszystkim? Nie! Jeszcze drugie tyle przed nami !To tylko wyspa! Jednogłośnie stwierdziliśmy, że bez Urala nie byłoby mowy o przeprawie. Znajdujemy wał ,po którym zjeżdżamy z paki, żegnamy się i lecimy w kierunku miasta Bilibino. Krajobraz całkiem odmienny od magadańskiej drogi. Las jest rzadki, drzewa coraz niższe, sporo łąk porośniętych krzakami , o zjechaniu z drogi nie ma mowy. Dookoła tylko bagna. Po trasie ani żywej duszy tylko pustka .Zaczynamy rozumieć o czym mówił Misza z Magadanu- po prostu jedziemy w dzicz.
  Minęło parę godzin i stoimy przy tablicy Bilibino. Sesja fotograficzna obowiązkowa. Wjeżdżamy do tego niedużego parotysięcznego miasteczka. Pierwsze co robimy to szukamy jakiejś knajpy ze schabowym. Mamy dość ryb ! Stawiamy maszyny na chodniku przed barem. Coraz więcej ludzi zbiera się z ciekawości ,oglądają motorki i bagaże. Zatrzymuje się też lokalna policja. Podchodzi do nas i grzecznie informuje, że nie wolno stawiać motocykli na chodniku. Od razu chcieliśmy przestawić maszyny ,lecz z uśmiechem powiedział żebyśmy wpierw zjedli. Zadał kilka standardowych pytań i życzył udanej podróży. Sprawiał wrażenie jakby już wiedział o nas więcej.
  Jeden z gapiów podchodzi do nas ,zagaduje i proponuje nocleg u siebie w domu. Mieszka sam w dwupokojowym mieszkaniu więc się pomieścimy. Tym sposobem śpimy dziś u Alberta ,który jak sam stwierdził jest fanem ekstremalnych podróży i bardzo go interesuje nasza ekspedycja. Po drodze do Alberta zatrzymuje się auto. Z rozmowy wynikało, że człowiek słyszał o nas i wie, że szukamy autobazy, o której mówił Misza z Magadanu. Alek z Maćkiem jadą autem zasięgnąć informacji kiedy Kamazy jadą przez Chukotke, a my lecimy rozgościć się w mieszkanku. Na autobazie większość kierowców wiedziała o szalonych motocyklistach, którzy chcą przejechać Chukotkę. Wszyscy jednogłośnie stwierdzili, że jest to niemożliwe i bardzo niebezpieczne. Jak się coś wam stanie to nikt was tam nie znajdzie i lepiej abyśmy tutaj spakowali się w samolot do Moskwy. Tłumaczy nam jeden z kierowców, że samochody Urale i Kamazy ,bo tylko takie tam dają radę one wszystkie jeżdżą w konwojach po parę sztuk asekurując się nawzajem i tak nieszczęścia się zdarzają często a wy motocyklami?! Mimo całego czarnowidztwa roztaczanego nad naszą wyprawą jedziemy. Próbujemy, skoro szczęście nam sprzyja i ciągle żyjemy.Za daleko już jesteśmy aby się cofnąć. Ustaliliśmy, że jutro w nocy ruszają dwa Kamazy do Egvekinot a kierowcy z chęcią nam pomogą- zabiorą nam benzynę dla 5 motocykli na około 1400km. W wyznaczonych punktach na mapie rozstawią nam paliwo . Taki był pierwszy plan tankowania. Robi się ciemno a jutro czeka nas pracowity dzień. W parę godzin musimy przygotować się do ostatniego, najtrudniejszego etapu. U Alberta w sumie niewiele śpimy. Nocy mało by się nagadać .Oglądamy foty Alberta z wypraw a on nasze. Wieczór upływa w bardzo miłej atmosferze. Zbieramy informacje i myśli w jednym celu - przejechać Chukotkę.
  Godzina 8 a my już na autobazie. Alek i Maciek jadą z kierowcą Kamaza, Jurą po benzynę, Krzysiek i Adam szykują 3 olbrzymie dętki od kamaza na których mają być przeprawiane motocykle przez duże rzeki. Robimy zakupy -tylko niezbędne produkty- kasza i czekolady. Jedzenia mamy na 7 dni. Wyrzucamy z kufrów zbędne kilogramy. Ubranie tylko to, co na sobie. Kupujemy więcej przynęt do łowienia ryb- to na wypadek gdybyśmy utknęli między rzekami na dłużej niż 7 dni a ryb podobno w rzekach jest mnogo. Wydaje się ,że mamy rozwiązanie na każdą krytyczną sytuację. W tych błyskawicznych przygotowaniach pomagają nam Rosjanie. Żona kierowcy przynosi nam obiad. Wręcz prosi nas abyśmy tego nie robili bo zginiemy w tej dziczy. Do tego jeszcze zjechał właśnie kierowca z trasy ,który z Peweka do Bilibino leciał. Powiedział, że na jednej z przepraw przez rzekę mało przyczepy nie stracił a przed następną stał dwa tygodnie czekając aż woda opadnie. Nasz pomysł skwitował krótko -wszyscy tam przepadniecie bez wieści. Wilki i niedźwiedzie budut was kuszać. Dowiedzieliśmy się też że następny konwój jedzie z Peweka do Egvekinot w drugiej połowie września. Jest godzina 13 a my ciągle w rozsypce. Motosyberia gotowa. Decydujemy wspólnie, że jadą pierwsi a i tak wieczorem spotkamy się w ustalonym miejscu (miała to być baza Kanadyjczyków).W końcu po 17 wyskakujemy z Bilibino. Tuż za miastem kończy się beton. Mimo wielu rozwidleń gruntowej drogi mamy się trzymać lewej strony. Drogowskazów brak. Obyśmy trafili na tę właściwą, bo tylko jedna prowadzi przez Chukotkę. Przejeżdżamy przez parę sporych górek. Na jednej z nich zatrzymujemy się. Przed nami niesamowity widok tundry czyli ziemi całkowicie pozbawionej drzew , pociętej setkami rzek i strumieni. Staliśmy tak parę minut w milczeniu. I oto stało się! Próbujemy pierwsi na świecie przejechać motocyklami ten nieprzyjazny kawałek ziemi .Jedziemy w nieznane mimo marnych szans. Nie możemy odpuścić! Za dużo wycierpieliśmy, za dużo ludzi wierzy w nas, za bardzo chcemy tego! W każdym z nas była chęć dalszej przygody. Adrenalina osiągnęła najwyższy poziom. Każdemu człowiekowi życzę aby choć raz w życiu poczuł coś takiego! Po prostu jedziemy przed siebie tak, jak Forest Gump biegł ku przeznaczeniu.
  Mijamy parę małych brodów. Zatrzymuje nas nieco większy. Pozornie wydaje się płytki. Alek próbuje. Jednak tam za głęboko. Wyciągają z Adamem obładowany motocykl do tyłu. Krzychu odjechał w dół rzeki. Badawczym spojrzeniem ocenia głębokość rzeki .Robi nawrót i zeskakuje z brzegu wprost do wody po lampę. To, że widać dno nie znaczy ,że jest płytko. Motor tylko siłą rozpędu wybija się z dołka i natychmiast gaśnie. Tracimy cenny czas na wylewanie wody z filtra powietrza i odpalanie maszyny. W końcu udało się! Pierwsza lekcja zaliczona! Opracowujemy schemat przepraw przez większe brody. Nasz sposób na przekraczanie rzek- każdy bada swoje miejsce: jeden tam gdzie Urale jeżdżą, drugi jedzie w dół rzeki a trzeci w górę. Komu uda się znaleźć bród to trąbi. Szukając nie tracimy się z oczu, nie ryzykujemy, jesteśmy na tym pustkowiu zdani tylko na siebie. Za błąd jednej osoby i tak wszyscy ponoszą konsekwencje. Bez zbędnej brawury, rozsądnie, niejednokrotnie asekurując się pokonujemy kolejne zdradliwe górskie rzeki.
  Na początku po każdej wodzie zdejmowaliśmy buty . Za 10 razem na 20 kilometrach daliśmy spokój. To nie ma sensu! Tracimy tylko cenny czas a w butach i tak mokro i zimno. Krzychu jeszcze łapie gumę. Kamień wbija się w oponę jak w plastelinę. Jeszcze raz i opona tylna rozpruje się na dwie części. Ostrożnie z gazem, szybko zmieniamy dętkę i lecimy dalej. Robi się już szaro . Alek nie zauważa rowu z wodą. Traci panowanie nad maszyną, wpada na pobocze. Motocykl traci tylny błotnik, lampę przednią, mocowanie zbiornika urwane i najgorsze- nasz GPS w rozsypce -antena ułamana, nie rabotajet . "Co zrobisz? Nic nie zrobisz. Lecimy dalej a teraz to naprawdę tylko na sobie możemy polegać'. Wyciągamy motocykl na drogę, patrzymy czy wszystko trzyma się kupy. Robimy ''badanie systemowe Alkowi''. Wstępnie ustaliliśmy, że ma lekki wstrząs ale mówi do rzeczy więc siadamy na maszyny i do przodu. Stratę GPSA potraktowaliśmy żartobliwie, bo każdy wiedział, że robienie ciśnienia i tak nic nie zmieni.
  Zrobiło się już całkiem ciemno. Dojeżdżamy do pierwszej wielkiej rzeki. Drugiego brzegu nie widać. Raczej nie mamy szans jej przejechać . Ruszyliśmy w dół z nurtem tam ,gdzie rozbijała się na mniejsze potoki. W ciemności nie było zbyt dobrze widać. Chyba dlatego tak odważnie skakaliśmy po wysepkach ze 2 godzinki a drugiego brzegu ciągle nie było. W oddali paliło się ognisko. Ruszyliśmy tam. Okazało się, że to myśliwi, którzy nas po drodze mijali. Przyjęli nas serdecznie, nakarmili, dali to, co ich zdaniem będzie nam potrzebne w dalszej drodze czyli czysty spirytus. Podobno prawie wszystko można u Czukczy załatwić za ten trunek. Po krótkiej rozmowie chyba nawet się nie rozebraliśmy. Padliśmy ze zmęczenia . Rankiem obudził nas Rosjanin. Herbata była już zaparzona .Oni natomiast pakowali się do domu bo słońce przygrzewało a mięso z jelenia szybko może się popsuć. Dowiadujemy się, że dalej już myśliwi nie jeżdżą bo rzeka duża i za bystra jak na auta terenowe. Tylko Urale i Kamazy dają radę ją przejechać. Rozstajemy się z żalem. Mówią ,że będą trzymać kciuki za nas, wskazują nam kierunek gdzie może uda nam się przejechać to rozlewisko . Jeszcze tylko ciężkie uściski dłoni i jedziemy. Po godzinnej walce staliśmy już na drugim brzegu. Spojrzeliśmy za siebie. Uff! Udało się! A była taka wielka ,dużo większa niż nasza Wisła.
  Przejechaliśmy z 10km i oto baza Kanadyjczyków w której mieliśmy spotkać się z pomarańczowymi. Z rozmowy wynikało ,że byli tu i nocowali. Wstali rano, zatankowali do pełna i ruszyli. Stało się jasne, że razem nie będziemy lecieć. Za daleko nam odskoczyli. Jedziemy w odstępach 300-400m ze względu na wszechobecny kurz . Początkowo gdy widzieliśmy zwierzęta to stawaliśmy na sesje fotograficzne. Z czasem wszystko stało się takie powszednie i normalne. Zdarzyło się, że spory renifer utrudniał nam przejazd. Stanął na środku drogi i demonstracyjnie uderzał rogami o ziemie. Widok siedzących i obserwujących nas niedźwiedzi przestał robić wrażenie. Chyba każdy z naszej trójki pogodził się z rzeczywistością i z tym co nas może spotkać. Na nic byłyby krzyki czy wzywanie pomocy. Ucieczka na motocyklu w tak ciężkim terenie nie miała większego sensu, gdyż niedźwiedzie biegają z prędkością 60 km/h. Naprawdę zadziwiające ,jak taki potężny zwierz może być zwinny i szybki jak kot. Przez całą drogę mimo wielu niedźwiedzi nie było żadnej agresji z ich strony, raczej zainteresowanie, gdyż każdy przejazd motocyklem w zasięgu wzroku misia kończył się stawaniem na tylne łapy i obserwacją. Ich zachowanie wytłumaczył nam jeden z myśliwych . Powiedział ,że właśnie teraz do rzek wpływają ryby aby złożyć ikrę i jest ich mnogo więc nasze pociechy mają pełne brzuszki i nie są agresywne. Gdyby nie ten okres to bylibyśmy wielokrotnie atakowani, gdyż potrzebują dużo jedzenia aby sadło im na sen zimowy urosło. .Pod koniec lata potrafią nawet atakować jadące auta ale każdy kierowca wyposażony jest w odpowiedni kaliber, który po kilku strzałach ze stalowej kabiny Kamaza przemawia do wściekłego miśka. Teoretycznie mieliśmy je z głowy . Zostały jeszcze ranne misie, niedźwiedzice z małymi, wilki polarne (waga około 120 kg), rosomaki . Staraliśmy się o tym nie myśleć i nie rozmawiać. Po prostu wierzyliśmy w to, że nam się uda. Innej opcji nie było. Po prostu sprzyjało nam szczęście albo ktoś się za nas modlił.
  Przed nami kolejna spora rzeka. Jedziemy ze 3-4km z prądem szukając rozbicia na małe potoki. Następnie skaczemy z jednej wyspy na drugą aby przebić główny nurt. Zajęło to nam ze 3h no i jeszcze powrót po tundrze do drogi. W oddali widzimy naszego Kamaza. Zaraz za rzeką dogania nas . Jest już późno. Jura proponuje załadunek motocykli i wspólną kolację. Przejeżdżamy kilka niedużych brodów i rozbijamy obóz . Wspólne wędkowanie, kolacja z kierowcami , rozmowy do późna i błogi sen,który trwał raptem ze 4h. Obudził nas hałas silnika. Wstajemy i ogarniamy się. Postanowiliśmy zrzucić cały bagaż na auto. Lekkim motorkiem łatwiej będziemy pokonywać rzeki . Jest jeden problem. Kamaz nie może nas wyprzedzić . Nie mamy nic ze sobą. Wszystko na pace. Musimy mieć go zawsze za plecami. Tankujemy do pełna i ruszamy. Początek był obiecujący. Bardzo szybko odjechaliśmy od naszego zaplecza technicznego .Przy pierwszym brodzie dogonili nas. Nie szukali brodu w odróżnieniu od nas tylko jechali prosto przed siebie nawet gdy woda przelewa się do kabiny. Taka to rosyjska technika. Cała ta trasa to była ucieczka przed goniącym nas Kamazem. Dziennie pokonywaliśmy ze 40 brodów . Zmęczenie, głód, wszechobecna woda i zimno nie miały znaczenia. Pokonywaliśmy kolejne ciężkie kilometry. Z każdą pokonaną rzeką byliśmy coraz bardziej pewni siebie. Nikt nie narzekał, nie było mowy o powrocie. Stawaliśmy się lepsi dla siebie aby morale zespołu było ciągle wysokie. Dolatujemy do polarnej stacji ''U Geni''. Już w Magadanie Misza wspominał o tym miejscu. To parę drewnianych zabudowań położonych wysoko na brzegu rzeki. Wita nas gospodyni i zaprasza do środka na użyn ( jedzenie). Na stole świeża ikra i surowa solona ryba. Rozmawiamy o życiu na tym pustkowiu gdzie temperatury zimą sięgają -60 stopni. Po godzinie pojawia się sam gospodarz Genia z workiem pełnym ryb ,które to z iście chirurgiczną precyzją rozprawia na brzegu rzeki. Próbujemy jak najwięcej dowiedzieć się o życiu polarników. Chcemy robić zdjęcia a tu zaginął aparat. Jeden z piesków polubił go trochę za bardzo i schował. Na naszych twarzach pojawił się strach, gdyż tam były zdjęcia z całej wyprawy. Po trzech godzinach poszukiwań zguba trafiła w nasze ręce. Na szczęście obyło się bez grabienia i przekopywania tundry. Z powodu naszych poszukiwań zostaliśmy sporo za Kamazami. Musieliśmy sporo nadgonić szczególnie ,że robiło się już szaro.
  Przejeżdżamy kilka kilometrów i naszym oczom ukazuje się niesamowity widok -człowiek na rowerze. Myśleliśmy, że to halucynacje po herbatce u Genia. Ale nie! Jak się później okazało, był to znany rosyjski podróżnik. Opowiedział, co chce zrobić. Wydało nam się to istnym szaleństwem. Jedzie rowerem do rzeki gdzie ma przygotowany już ponton. Różnymi rzeczkami miał do pokonania 800km. Później 1 dzień piechotą aż do jaskini, gdzie podobno znajdują się rysunki na ścianach. Wyruszył tam tylko po to, żeby zrobić zdjęcia. Wspomniał o porannym spotkaniu z niedźwiedziem, który podszedł na parę metrów do niego i zmierzył go wzrokiem. Rosyjski podróżnik stanął na palcach, podniósł ręce do góry i w taki sposób pokazał brunatnemu ,że nie jest taki mały. Dzięki temu rozeszli się w pokoju J. Spory czas byliśmy pod wrażeniem tego spotkania .Byliśmy pełni podziwu, że wyruszył sam na taką wyprawę. Życzyliśmy sobie powodzenia i pędzimy dalej. Znowu jedziemy między kamieniami, pokonujemy rzeki. Istne szaleństwo! Uff, udało się!!! Na horyzoncie pojawiły się Kamazy, stojące na skrawku suchej ziemi. Jura martwił się o nas i wypytywał. Czekali na nas z kolacją aż przyjedziemy. I znów rozmowy do późna no i błogi choć krótki sen.
  Następny dzień wita nas lodowatym deszczem, mocnym wiatrem i chmurami na niebie, ale nam pogoda nie straszna. Tankujemy maszyny i ruszamy w drogę. Mimo paskudnej aury widoki zapierają dech w piersiach. Nieliczne promienie słońca przedzierają się przez chmury i oświetlają wielokolorowe skały. My zmierzamy w kierunku olbrzymiej tęczy, która pojawiła się na horyzoncie. W taki dzień aż chce się jechać! W głowach pojawia się pytanie: co przyniesie kolejny dzień? Czasami trzeba zwolnić bo tysiące reniferów pałęta się po drodze. Widzimy obozowisko tubylców- Czukczów. Niestety nie da się z nimi dogadać .Wszyscy są kompletnie pijani. Wjeżdżamy między spore góry. Spostrzegamy tabliczkę "niebezpieczne odcinki drogi". Nie lekceważymy tego, wzmagamy naszą czujność. Jedziemy wolno i ostrożnie mijając na drodze oderwane elementy skalne. Podjazdy są bardzo strome i skaliste, przejazdy momentami wąskie. Czasem zadzieramy głowy w obawie przed spadającymi kamieniami. Po pewnym czasie droga zrobiła się nieco łatwiejsza. Mijamy kolejną tabliczkę z ostrzeżeniem o niebezpieczeństwie. Na szczęście tym razem informuje osoby jadące w przeciwnym kierunku. Wszyscy stwierdziliśmy, że było ostro. Rosjanie nie postawiliby takiej tabliczki dla żartów a tym bardziej dla reniferów. Dziś przejechaliśmy niewiele. Czekamy na naszego kierowcę w ustalonym miejscu, cali przemoknięci. Ciężko było nawet rozmawiać z zimna. Kolację stanowiły batony, których mieliśmy pełno po kieszeniach. Gdy tylko pojawił się Jura Kamazem wskoczyliśmy w śpiwory. Sen jednak pojawił się dopiero po pewnym czasie, gdy przestaliśmy szczękać zębami z zimna.
  Dzień zaczynamy od informacji, że dzisiaj powinniśmy dotrzeć do celu, więc ruszamy. Tempo jazdy wzrosło. Przekroczyliśmy kilka rzek. Na szczęście nie było dawno deszczu. Gdyby woda podniosła się o pół metra mielibyśmy problem z ich pokonaniem. Rzeki płyną w wąskich, skalistych korytach pełnych olbrzymich kamieni. Rzeka porozbijana jest na kilka małych nurtów. Wielokrotnie topimy nasze motorki a one ciągle odpalają i jadą dalej J Dobrze mieć niezawodny sprzęt! Patrząc na te rzeki przypominamy sobie co mówił Genia, że po deszczu w ciągu 3 godzin poziom wody może podnieść się o 2 metry. Na szczęście mimo pochmurnego nieba pogoda nam sprzyja. Dzięki temu jedziemy coraz szybciej z nadzieją w sercach, że uda nam się dotrzeć do celu.
  W oddali widać zielone namioty, to pomarańczowi. Też są zmęczeni i przemarznięci. Tankują paliwo i ruszamy razem do portu w Egvekinot. Mijamy po drodze kopalnie złota, lecz czasu brak aby ją zwiedzić albo spróbować szczęścia i poszukać jakiejś bryłki. Droga już nie jest tak wymagająca lecz nie lekceważymy tego bo zmęczenie robi swoje. Za każdym kilometrem widać, że jesteśmy coraz bliżej cywilizacji .Wjeżdżamy do Egvekinot, które składa się z dwóch części :starej i brzydkiej oraz nowej zdecydowanie czystszej i bardziej schludnej. Na myśl przywołało nam małe amerykańskie miasteczko. Jak w każdym miejscu ludzie wyglądają przez okna i zadają wiele pytań. W ich głosie słychać zdziwienie i niedowierzanie. Zatrzymuje nas lokalna policja. Po krótkiej rozmowie jeden z funkcjonariuszy dał nam klucze do swojego mieszkania. Kto w Polsce odważy się na taki czyn? W Rosji to norma i po kilku takich sytuacjach przestało nas to dziwić. Sam jednak musiał zostać na służbie, gdyż miał nockę. Z nami podzielił się ciepłem swojego mieszkania. Jedziemy jeszcze na bazę samochodową, żeby spotkać się z Jurą. Kierownik bazy i jego syn przywitali nas bardzo serdecznie i już wszystko o nas wiedzieli. Zjedliśmy późny obiad i wybraliśmy się na wycieczkę krajoznawczą po miasteczku. Naszym przewodnikiem był syn kierownika bazy. Byliśmy mile zaskoczeni jak tam czysto i przyjemnie. Rzadko można spotkać tam osobę z ponurą miną. Kolejny fart w czasie wyprawy. Dowiedzieliśmy się dzisiaj, że jutro mamy statek do Anadyru. Motocykle zostawiliśmy w bazie. Udaliśmy się do mieszkania na ciepłą noc pozbawioną lęków o niedźwiedzie J
  Kładąc się spać nastawiliśmy wszystkie budziki na 7 rano. Miłe "legowisko" okazało się bardzo kuszące i nie udało nam się wyjść z łóżek przed 9. Klucze do mieszkania milicjanta zostawiliśmy w skrzynce na listy. Jeszcze krótka wizyta w sklepie, szybkie śniadanie na murku przed sklepem. W porcie dogrywamy szczegóły transportu statkiem do Anadyru. Okazuje się, że o 4 odpływamy. Znowu wszystko na wariata. W planach mieliśmy jeszcze zwiedzenie muzeum, lokalną gazetę i szkołę czukocką, nie mówiąc o zakupach. A tu zostało tylko kilka godzin do odpływu. Motocykle ładujemy wcześniej. Poszło sprawnie, bo doświadczenie miały całkiem spore. Nareszcie lecimy do muzeum. Rzeczywiście warto było. W jednym miejscu pokazana została cała historia Czukotki. Niedaleko była szkoła podstawowa, gdzie powitał nas dyrektor i oprowadził po klasach. Szczęki nam opadły! W środku marmury, na podłogach dywany, ławki pojedyncze, tablice interaktywne w klasach, świetnie wyposażone sale komputerowe, oddzielna sala ze sceną do zajęć artystycznych, sale do zajęć technicznych. Szkoła w pełni monitorowana. Jako polscy nauczyciele jesteśmy pełni podziwu dla tej placówki edukacyjnej, wzorowa szkoła marzeń. Widać też troskę i zaangażowanie wszystkich pracowników w edukację dzieci na Czukotce. Pan Abramowicz naprawdę dużo zrobił dla Czukotki. Na te cele też nie żałował pieniędzy, bo wie ,że w tym młodym pokoleniu jest przyszłość. Jeszcze lecimy do lokalnej gazety, gdyż obiecaliśmy milicjantowi krótki wywiad. Później szybkie zakupy na dwa dni rejsu.
  Nareszcie wracamy do bazy, żeby spędzić trochę czasu z kierowcami Kamazów. Staramy się łapać cenne minuty, gdyż wiemy że rozstanie jest bliskie. Okazało się, że jeden z kierowców ratował Polaka p. Koperskiego. Jaki ten świat mały! Wysłuchaliśmy jeszcze dziesiątek historii o walce ludzi z naturą. Przez odgłosy rozmów usłyszeliśmy jak statek daje sygnały dźwiękowe. Tylko komu? Jeden z nas wyszedł z ciekawości zobaczyć co się dzieje. Okazało się, że statek od godziny czeka na nas. Zapomnieliśmy o zmianie czasu. Rozstanie z kierowcami Kamazów. Trudno nawet streścić myśli ,które kłębiły się w naszych głowach. Ciężko jest zostawić ludzi, którzy byli tak życzliwi, pomocni, a do tego bezinteresowni w chwilach, gdy tego tak bardzo potrzebowaliśmy. W takich chwilach najbardziej liczą się gesty w ich kulturze. Mocne uściski dłoni, klepnięcia po ramieniu, ważne spojrzenia, a na koniec słowa "no wy małacy" to najwyższe wyrazy uznania od Rosjan.
  Do portu mieliśmy ze dwa kilometry. Chyba całą drogę przeszliśmy tyłem machając i krzycząc do ludzi, których musieliśmy pożegnać. Oni zaś stali tam dopóki statek nie odpłynął. Wchodząc na statek nikt nie wspomniał nawet słowem o spóźnieniu. Padło tylko pytanie "etu wy polscy bajkeży? Da eto wy, no my wsio znajem o was" Tego wieczoru chyba żaden z nas nie miał ochoty na towarzystwo i rozmowy.
  Rejs miał trwać dwa dni, ale przedłużył się do 7. Już chyba wszyscy mieliśmy dość transportu wodnego do końca życia. Długo czekaliśmy na wejście do portu. Czas upływał nam na graniu w pingle z zespołem z motosyberii i jedzeniem specjałów okrętowej kuchni. Przytyliśmy po 4-5kg.
   Anadyr wygląda podobnie jak Egvelinot, czyli wszystko na 5+. Już w porcie czekała na nas lokalna policja. Skontrolowała dokumenty i wskazała miejsce gdzie możemy tanio i wygodnie przenocować. Pierwszym miejscem ,które odwiedziliśmy była kasa lotnicza w centrum miasta. Okazuje się, że jutro odlatuje samolot do Moskwy. Kupujemy bilety bo czas goni nas nieubłaganie. Na 1 września trzeba być w szkole. Pod kasę podjeżdża Łada. Wychodzi z niej kobieta. Była to Pani z biura turystycznego, która pomogła nam w wyprawie na Czukotkę. Chciała wysyłać ekipę ratunkową w momencie gdy utknęliśmy na Kołymie. Siadła z nami na motocykl i objechaliśmy Anadyr. Odwiedziliśmy hodowlę rodowych psów Czukotki. Wieczorem zakwaterowaliśmy się w całkiem przyzwoitym motelu. Odwiedził nas jedyny bajker w Anadyrze, który dostał przykaz z Egvelinotu, że ma się nami zająć. Zadzwonił do aeroportu czy zabiorą nasze motocykle do samolotu. Niestety odpowiedź była negatywna. Bilety w ręku, ale co z motocyklami? Nie chcą ich zabrać! Zawsze uważaliśmy ,że najlepsza jest rozmowa w oczy. Postanowiliśmy pojechać i rozmawiać na miejscu.
  Godzina 8:00. Jak ciężko wstać po spotkaniu z Czukockim bajkerem. Niestety nie mamy wyjścia .Port lotniczy znajduje się po drugiej stronie miasta. Mija kilka godzin nim dojechaliśmy do "gruzowego składu". Wchodzimy na halę i przedstawiamy swój problem. Z biura obok odezwała się pani kierownik- przecież dzwoniliście wczoraj i powiedziałam, że nie macie po co przyjeżdżać. Zaczęliśmy swoją standardową historyjkę. Skąd przyjechaliśmy, co przeżyliśmy itd... Nagle usłyszeliśmy głos poparcia drugiej osoby z biura. Dołączyła się trzecia i lawina poszła dalej. Dyskusja przerodziła się w kłótnię pełną w dosadne rosyjskie argumenty słowne. W końcu jeden z kierowników powiedział ,że jak się kłócą to nie mamy czym się martwić. Będzie dobrze, nie wezmą za to dużo pieniędzy. Nim spuściliśmy benzynę paleta na motocykle była gotowa. Załadunek przebiegł błyskawicznie. Zapytali jedynie ile może ważyć. Nawet nie próbowali ważyć naszych motorów. W dodatku zaniżyli wagę. Jeden z pracowników podrzucił nas samochodem na lotnisko. Trzeba przyznać, że strój mieliśmy mało wygodny, a do tego bardzo rzucający się w oczy. Typowy strój motocyklowy łącznie z butami. Innych ubrań nie mieliśmy. Adam przebił nas wszystkich- miał dodatkowo pancerz motocyklowy.
  Nareszcie w samolocie. Pilot sprawnie podniósł maszynę w górę. Czekało nas 7 godzin lotu do Moskwy. Przez ten czas mogliśmy podziwiać tereny Czukotki, która z góry wygląda jak wielkie rozlewisko. To chyba jedno z najbardziej niedostępnych miejsc na kuli ziemskiej, gdzie człowiek musi przystosować się do warunków jakie dyktuje natura, albo zginie i nawet najnowsza technika tam nie pomoże. Dlatego głównym środkiem transportu są tam Kamazy lub najprostsze pojazdy, które nie posiadają zbyt dużo unowocześnionych elementów.
  Większą część drogi powrotnej przesiedzieliśmy wpatrzeni w krajobraz, który rozpościerał się za oknami. Z niedowierzaniem patrzyliśmy na to, co udało nam się przejechać. Mieliśmy uczucie spełnienia marzeń. Udało nam się pokonać to, co wydawało się niemożliwe, do czego przygotowywaliśmy się od roku. Wracając z wakacji w 2008 roku- była to wyprawa nad Bajkał, zaczęliśmy śledzić mapy wyprawy, która właśnie dzisiaj dobiegała końca. Warto było się trudzić, żeby przeżyć 69-cio dniową przygodę , w czasie której pokonaliśmy tysiące kilometrów, przeżyliśmy wiele zdarzeń, spotkaliśmy mnóstwo życzliwych i przyjaznych ludzi. W trakcie takiej ekspedycji najważniejsi są ludzie,z którymi tworzysz ekipę. Znamy się od dawna i jesteśmy kumplami z podwórka, którzy 15 lat temu marzyli, żeby kupić sobie chociaż MZ150 i wyruszyć na Mazury. Na szczęście nasza przyjaźń trzyma się równie mocno jak pasja do poznawania i zdobywania nowych terenów. Bo życie jest zbyt krótkie, a każdy dzień bezcenny.